logo

Autor blogu: Nathanel

Posty: 26
Komentarze: 6
Odsłony: 88758
14.04.2019 05:30:18
0 komentarzy

Czy mojego psa Aresa, naprawdę trzeba było "uśpić"?

Ares znowu był pięknym stworzeniem o jedwabistej sierści i nadzwyczajnym charakterze. O jego przygodach, wyczynach i obyczajach mógłbym napisać książkę. A to jest tylko wspomnienie.

Od eutanazji do eutanazji człowieka tylko jeden, malutki krok. W niektórych krajach libertyni już taki krok  zrobili.

Właśnie odszedł nasz ukochany piesek Ares - labrador. Przeżył 14 lat i 4 miesiące. Weterynarze mówią że trzeba go było uśpić ale tak naprawdę to stworzenie zostało "zabite".

  image

W przypadku Aresa sytuacja jest szczególna. Gdy miał 8 tygodni został uratowany właśnie przed eutanazją. Urodził w stanie (USA) gdzie pieski które w ustalonym czasie, znajdujące się w schronisku, nie zostaną adoptowane podlegają eutanazji. Ares i jego bracia i siostry miał szczęście. W stanie New Jersey takich piesków się nie zabija i są organizacje które ratują zagrożone śmiercią małe stworzenia, przywożą je, umieszczają w rodzinach zastępczych i przygotowują do adopcji. Ares był w takiej sytuacji.

Mieliśmy pieska do domu kupić. Rasowego, hodowlanego. Zaczęliśmy szukać w internecie właściwego kandydata. Niespodziewanie trafiliśmy na portal z pieskami znajdującymi się w schroniskach przeznaczonymi  do adopcji. Trafiliśmy na Aresa który wtedy nazywał się Moose. Nie było prosto.

Najpierw trzeba było wypełnić formularz i udowodnić że rodzina może psa zaadoptować że zapewni zwierzęciu właściwe warunki. Kiedy zostaliśmy zaakceptowani zostało wyznaczone miejsce gdzie można będzie pieska zobaczyć. Był to sklep z artykułami dla zwierząt. Nie ujawnia się adresu rodziny która przed adopcją opiekuje się takimi psami.

Ares miał jeszcze siedmioro rodzeństwa ale gdy przyjechaliśmy, w jednym czasie może być obecna tylko jedna osoba- kandydat na adoptującego więc wyznaczane są każdemu odpowiednie godziny, do wyboru zostało już tylko dwa pieski. Ares, czarny gigant większy o połowę niż reszta miotu i jego siostra, biszkoptowa suczka. Aresa nikt wcześniej nie brał gdyż wzystkich uprzedzano że będzie on dużym psem. I faktycznie był. Ważył ponad 50 kg.

image

Kapciuszek, róg kanapy, wszystko było atrakcyjne i nadawało się do gryzienia. Ares uwielbiał też spacery, kąpiele w śniegu i wodzie, pogonie za sarnami w górach, spotkania z niedźwiedziem. Był atletą o niespotykanej wytrzymałości. Chyba to uratowało mu życie po raz drugi. Gdy miał 4 lata, podczas wieczornego spaceru został ugryziony przez jadowitego węża. Ares jak każdy labrador uwielbiał węszyć. Kto spodziewałby się jadowitego węża w mieście mimo że mieszka się kilkaset metrów od rezerwatu przyrody. Jednak tak się stało. Na kamieniu wygrzewał się wąż zwany Mokasyn miedziogłowiec – gatunek jadowitego węża z podrodziny grzechotnikowatych w rodzinie żmijowatych.

Ares zaskowyczał ale przez resztę spaceru nic nie było po nim widać. Dopiero następnego dnia zaczęły się kłopoty. Weterynarze także nie rozpoznali problemu gdy rana po ugryzieniu zaczęła puchnąć a następnie się jątrzyć mimo że w skórze był ślad zębów węża. Po dwóch dniach podejrzewano że mógł to być jakiś pająk. Skąd wąż. Ale jednak. Było za późno gdyż antydotum należało podać w ciągu pierwszych 24 godzin.

Trzy pierwsze szpitale weterynaryjne były bezradne. Pies był sparaliżowany, nie był w stanie wydać z siebie głosu, nie mógł jeść ani nawet pić. Potrafił jedynie zlizać niewielką ilość wody z dłoni. Na całym ciele psa otwierały się małe cieknące rany. Wreszcie jednak trafiliśmy na prawdziwego weterynarza takiego jak dr Pol z telewizyjnego serialu. On przeprowadził testy i ustalił że to wąż i jakiego gatunku. Ustali leczenie. Głównym lekiem okazał się miód którym smarowało się rany i który Ares z lubością lizał tak jakby wiedział co może przywrócić go do życia. Powiedzenie że coś jest jak miód na rany sprawdziło się.

Miód "manuka" sprowadzaliśmy z dalekiej Nowej Zelandii to ten jest najlepszy na świecie.

Ares z każdym tygodniem wracał do zdrowia i po kliku miesiącach mógł chodzić. Sąsiedzi widząc go nie wierzyli własnym oczom.

Stał się cud.

image

Ares znowu był pięknym stworzeniem o jedwabistej sierści i nadzwyczajnym charakterze. Zawsze wiedział gdy wracam z pracy i mimo że zdarzało się to o różnych godzinach 10 minut wcześniej stawał w oknie i czekał aż przyjadę.

O jego przygodach, wyczynach i obyczajach mógłbym napisać książkę. Ale czas robi swoje.

image

Zrobił się siwy na pyszczku jak ja ale według przelicznika wieku ma na tym zdjęciu 100 ludzkich lat. Musiał do spacerów korzystać ze wspomagającej uprzęży. Z każdym tygodniem słabł. Miał trudności z chodzeniem. Swój wiek miał wypisany na pyszczku.

                                   image

Co prawda od pierwszego dnia gdy wszedł do naszego domu było wiadomo iż nadejdzie dzień kiedy będzie musiał, jak każdy z nas, odejść, ale wierzyliśmy że stanie się to w sposób naturalny i łagodny.

Jednak nagle dostał gwałtownego ataku który weterynarze nazwali padaczką. Stracił orientację, apetyt, stał się bezsilny. Potem szybko zdarzyły się dwa następne.Jak się okazało nie koniecznie była to zwierzęca padaczka a mógł to być rak mózgu. czy był to efekt wcześniejszego ugryzienia przez węża? Trudno powiedzieć. Fizycznie jego serce i organy wewnętrzne były po zbadaniu zdrowe. Ale zaczął widocznie cierpieć.

I tu zaczął się dylemat. Co robić. Człowiekowi można podać leki uśmierzające ból ale w sytuacji gdy chory nie może komunikować się z otoczeniem też nie wiadomo czy nie cierpi. Nawet jeśli fizycznie nie czuje bólu to przecież może mieć świadomość sytuacji, może cierpieć psychicznie. Nie jesteśmy w stanie tego wiedzieć.

Pies też może dostać środki przeciwbólowe, choćby takie oparte na marihuanie i Ares takie dostawał. Ale mimo to widać było że jednak cierpi. W naturze zwierzęta mające świadomość tego co nadchodzi uciekają, kryją się i odchodzą w samotności. Podobno także są w stanie popełnić samobójstwo np wbiegając pod samochód. Tak zrobił znany mi piesek Aster.

Trzeba więc było podjąć decyzję i teraz Ares trwa dalej w naszej pamięci.

image                image

 

"Papusie " Aresa. Podczas  zimowego spaceru w rezerwacie przyrody obok którego mieszkaliśmy trudno było jego papusie odróżnić od śladów niedźwiedzia jeśli chodzi o wielkość.

Wracając do początku czyli do eutanazji. Chyba do końca życia nie będziemy pewni czy powinniśmy taką decyzję podjąć. Trudno powiedzieć czy mogliśmy pomóc mu odejść w sposób naturalny i bez cierpienia.

 

Ocena: 289 14
Głosów: 303
899 odsłon
Brak komentarzy